[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Andre Norton & Susan Schwartz

Imperium Orła

Tytuł oryginału EMPIRE OF THE EAGLE 1993

Amber 1994

 

Andre Norton: Wprowadzenie

 

 

Był żołnierzem nieledwie chłopskiego pochodzenia, lecz miał praktyczną wiedzę i iskrę militarnego geniuszu. Dzięki tym cechom stworzył twardą podstawę najpierw Republiki Rzymskiej, a później Imperium. - Stworzył Legiony. Do czasów Mariusa wojownicy walczyli nieustępliwie i dobrze, ale idea armii opartej na pospolitym ruszeniu, zwoływanym w obliczu zagrożenia kraju, nie mogła być wystarczającą bronią dla wodza, przekonanego o swym boskim przeznaczeniu.

I w ten oto sposób powstała koncepcja zawodowego żołnierza, którego prawdziwym domem była armia, a bogiem - Orzeł Legionu, na którego składał przysięgę. Mimo krwawej łaźni, dokonanej na rozkaz Sulli, zazdrosnego o wpływy swego poprzednika, idea Legionów i idea Orła przetrwały i zostały zaakceptowane jako jedyny możliwy oręż w wojnie, zarówno z barbarzyńcami, jak i z regularnymi wojskami tych, którzy ośmielili się stawić opór ekspansji Rzymu.

Utrata Orła była hańbą tak wielką, że mogła ją zmyć tylko krew. Prawdopodobnie najsłynniejszą tego rodzaju klęską była masakra trzech legionów Augusta Cezara i stracenie ich Orłów wśród wzgórz Teutoburger Wald.

Rzymianami dowodził Quinctilius Varus i to jego, podobno, błagał August:

- Varusie, Varusie, zwróć mi moje Legiony!

Wcześniej jednak został pobity prokonsul Krassus (członek pierwszego Triumwiratu). Zazdrosny o sławę Juliusza Cezara i żądny legendarnych skarbów Środkowego Wschodu, poprowadził swą armię ku krwawej klęsce pod Carrhae w 43 roku p.n.e.

Jak się okazuje, warto jest czytać komentarze, którymi opatrywane są zapomniane dziś opowieści i legendy. Zbierając materiały do noweli Imperial Lady, musiałyśmy przeczytać historię Dynastii Han - rządzącej prawie 2000 lat temu. Tłumacząc te starożytne stronice, natknęłyśmy się na przypisy, które stworzyły ogromne możliwości dla naszej wyobraźni i fantazji.

Ze zwięzłej notatki dowiedziałyśmy się, że część Armii Hana, której potęga rozpościerała się wzdłuż Jedwabnego Szlaku i która podbijała kolejne terytoria, zapuściła się w głąb Środkowego Wschodu i była świadkiem klęski Legionów Rzymu.

Dowódca Armii Hana, będąc pod wrażeniem nieugiętej postawy Rzymian wobec nieszczęść i śmierci, zażądał kohorty więźniów, by uczynić zeń osobliwy prezent dla swego cesarza.

Sucha notatka nie mówi nic więcej o dalszych losach Rzymian w krainach tak odległych, że wówczas niewyobrażalnych.

Co się z nimi stało? Skoro historia nie odpowiada na to pytanie, możemy spróbować odgadnąć. Garstka legionistów, szukających siły i oparcia w swym Orle - cóż więc mogło wydarzyć się dalej?

Andre Norton

 

Susan Schwartz: Wprowadzenie

 

Dobrze pamiętam chwilę, gdy po raz pierwszy usłyszałam o Rzymianach, którzy stali się archetypem bohaterów Imperium Orła. Było to w 1964 roku. Spędzałam moją przerwę na lunch czytając The Last Planet Andre Norton. Ci, którzy znają tę książkę, wiedzą, iż rozpoczyna ją opis Rzymian maszerujących na Wschód i tworzących gdzieś w odległej Azji swój ostatni, nie zauważony przez historię czworobok - znakomity wstęp do opowieści o upadającym Imperium.

Prolog powieści zwrócił moją uwagę na ojczyznę Mu, Atlantydę i Ujgurów - byłam zachwycona, gdy dużo później odkryłam na mapie prawdziwą Ujgurską Republikę Autonomiczną w zachodnich Chinach, na granicy z byłym Związkiem Radzieckim. W moich późniejszych książkach nie wracałam w tamte strony. Ale gdy zaproponowano mi temat kolejnej powieści, byłam gotowa odwiedzić te zapomniane miejsca, zająć się zagadką Rzymian, maszerujących przez dorzecze Tarymu.

Jak się tam dostali? Mając zaledwie kilka zapisków z chińskiej historii o ludziach, którzy mogliby być Rzymianami, możemy tylko przypuszczać. Na jednym z takich domysłów - przekazie o klęsce Krassusa i jego Legionów pod Carrhae w 43 roku p.n.e. - zbudowałyśmy fabułę tej książki. Jedno jest pewne - w pierwszym stuleciu przed naszą erą Rzym dowiedział się o istnieniu szlaków handlowych, znanych obecnie jako Jedwabne Szlaki, a także o bogactwach, które transportowano tamtędy na zachód.

Szczególnie zainteresowany Jedwabnym Szlakiem był Krassus, niebywale bogaty człowiek, który rywalizował ze swym przyjacielem triumwirem Juliuszem Cezarem i szukał własnych zwycięstw, prowadząc jako prokonsul kampanie na Bliskim Wschodzie. Niestety, zżerany przez chciwość i ambicję, Krassus był kiepskim żołnierzem.

Zabrakło mu przenikliwości politycznej (czy też szczęścia) w doborze sojuszników. Zdradzili go zarówno Nabatejczycy, jak i król Armenii. W dodatku popełnił kilka strategicznych i taktycznych błędów, które przesądziły o klęsce jego wyprawy. Sprowokowany przez Nabatejczyków, dał się przekonać, by Legiony maszerowały w tempie konnicy. Czekał na słynną galijską jazdę swego syna Publiusa i wreszcie kazał walczyć legionistom w gorący, słoneczny dzień (pod Carrhae, miastem garnizonowym niedaleko dzisiejszego Haramu), bez wody i odpoczynku. Co gorsza, zmierzył się z Sureną, charyzmatycznym, potężnym i doświadczonym przywódcą partyjskiego klanu, zabitym później przez swego własnego króla z powodu, który przywiódł do zguby Cezara - zbyt dużych ambicji.

Zainteresowani tymi czasami i tą częścią świata wiedzą, że Partowie byli świetnymi konnymi łucznikami. W obronie przed ich atakiem Rzymianie sformowali "testudo", czyli "żółwia" - ustawieni w szyku z tarczami nad głową chronili się przed gradem strzał i czekali, aż Partom zabraknie amunicji. Jednakże nie uwzględnili w swej taktyce upału, głodu i pragnienia. Nie wzięli także pod uwagę załamania się Krassusa, gdy ten ujrzał zatkniętą na czubku lancy zwycięzcy odciętą głowę swego syna.

Klęska była druzgocąca: Rzym stracił nie tylko dziesiątki tysięcy żołnierzy, lecz także Orły Legionów, znak potęgi i honoru. Porzucając martwych i rannych, Krassus schronił się wraz z resztkami swoich wojsk w Carrhae i w końcu rozpoczął układy.

Co stało się z żołnierzami Krassusa i zdobytymi Orłami? Najprawdopodobniej skończyli w niewoli - Rzymianie jako niewolnicy, Orły jako trofea.

Oto historia, która od dawna intrygowała Andre Norton. Uczyniłyśmy z niej punkt wyjścia naszej opowieści. A jeśli maszerując na wschód, wkroczyli prosto w mity? Azja - zwłaszcza Centralna - jest kopalnią legend. Wpadły nam do rąk dwa ich zbiory: historia o mitycznej krainie Mu, często łączona z Atlantydą i mitologią słoneczną, oraz starożytny hinduski epos Mahabharata, z jego bogami, półbogami i książętami, walczącymi wraz ze śmiertelnikami w opisywanej przez autora bitwie. Zafascynowało mnie przedstawienie Petera Brooksa w Brooklyn Academy of Musie inspirowane wątkami hinduskiego eposu i zaintrygowało spostrzeżenie, że opowieści o Krisznie i jego ludzkich sojusznikach, bohaterze Arjunie i jego braciach, ich żonie - Draupadi i toczonych przez nich wojnach są ciągle popularne i kochane, uczy się o nich dzieci, na ich kanwie osnute są nawet współczesne komiksy.

Oczywiście, ta kombinacja wątków przesuwa zdecydowanie Imperium Orła z obszaru fikcji historycznej w kierunku fantasy takiej, jak zapiski słoniogłowego Ganesii z Mahabharaty.

Wyobraźcie go sobie, jak rozpoczyna swoją historię. Jest ciemno. Mężczyźni kulą się na bagnach pokonani, zdradzeni, niepewni dowódców. Nadchodzą posłańcy - przynoszą warunki kapitulacji. Rozpoczyna się podróż poprzez kultury i czas.

 

Rozdział pierwszy

 

 

Mury Carrhae pozwoliły pozostałym przy życiu legionistom Krassusa umknąć równie haniebnie, jak wcześniej przybyć do miasta: Carrhae zostało uwolnione od kolejnej władzy niezdolnej do rządzenia. Resztkom Legionów nie pozostało zbyt wiele dumy i bardzo mało siły. Miasto, czyste i obojętne, mogłoby być równie odległe jak sam Rzym. W tej chwili trybun Quintus rozpaczliwie pragnął ochrony, którą mogły dać te mury. Wszystkich bezpiecznie za nimi ukrytych wysyłał w głębi serca do Tartaru. Był zresztą całkowicie przekonany, że wcześniej czy później zawita tam osobiście.

Daleko przed nim jego przełożeni i starsi gestykulowali, podczas gdy centurionowie ciosami pałek ustawiali po raz ostatni wyczerpanych ludzi w szyk bojowy, by mogli podążyć za przewodnikiem w głąb mokradeł.

- Myślisz, że możemy mu zaufać?

- A chcesz jeść błoto?

Ktoś wciągnął policzki, wydając odgłos ssania. Zdumiewające, nikt nie miał wystarczająco dużo siły i energii, by podjąć nawet tak kiepski żart.

- Uciszcie się! - Rufus, starszy centurion, poparł swój rozkaz uderzeniem pałki. Quintus mógł się spodziewać, że ten stary, twardy żołnierz przeżyje. To, że przeżył on sam, było dla niego więcej niż niespodzianką. Może stało się tak dlatego, że nie do końca tego pragnął...

Niedawno przekonali się, że nie mogą ufać swoim towarzyszom - Rzymianom, ani też części sojuszników. Jak wobec tego mogliby zaufać przewodnikowi, który drżał ze strachu, gdy czyjeś oczy lub ręka spoczęły na nim, by w chwilę później rzucić pełne nienawiści spojrzenie. Jego doświadczenie dawało im niewielkie szansę, lecz mimo wszystko obiecywało lepszy - nawet jeśli mniej honorowy - los niż bębny i strzały, które miały powitać ich o świcie.

Partowie byli konnymi łucznikami, niechętnie walczącymi w nocy, bo wtedy ryzykowali śmierć swych cennych wierzchowców. Gdyby tak litościwie odnosili się do ludzi, dwadzieścia tysięcy Rzymian byłoby wciąż wśród żywych. Poza tym, czemuż Surena i jego wojownicy mieliby w ogóle walczyć? Legiony Syrii były wykrwawione. Rzymska kawaleria odparta, a z wojsk posiłkowych tylko część przeżyła lub była na tyle lojalna, by wraz z legionistami podążyć na mokradła.

Teraz księciu Surenie - władcy jednego z najpotężniejszych partyjskich klanów - nie pozostało nic innego, jak tylko poczekać, aż fałszywi przewodnicy i prawdziwe bagna zapewnią mu ostateczne zwycięstwo.

Ktoś zakrztusił się niedaleko Quintusa. W jego własnym przełyku wzbierał kwaśny posmak, wywołany okropnym bagiennym fetorem, prawie tak plugawym jak klątwy miotane przez Rufusa. Rufus nie przestawał przeklinać, odkąd nadeszły rozkazy odwrotu. Najpierw wyrwali się z pola bitwy, padając od strzał jeźdźców - łuczników. By ich klęskę uczynić całkowitą i haniebną, zmuszono ich do porzucenia rannych. W końcu - pod osłoną nocy - wymknęli się z Carrhae, niczym mężczyzna wychodzący ukradkiem z lupanaru. Pobici, zniszczeni i martwi, gdy tylko dopadnie ich jedyny, prawdopodobny los.

Krew dudniła w skroniach Quintusa niby bojowe bębny wroga i mosiężne dzwonki dźwięczące ogłuszająco, gdy paradował przed nimi Surena lub gdy obnoszono odrąbaną głowę syna prokonsula, zatkniętą na czubku lancy. Widok ten zamienił arogancję rzymskiego wodza w rozpacz i strach, pozbawiając Legiony choćby takiego dowództwa, jakie mógł zapewnić im Krassus i odbierając wolę zwycięstwa. Teraz to tępe miarowe pulsowanie w głowie młodego trybuna i hausty rześkiego powietrza, które wciągał w swe obolałe płuca, w jakiś sposób pomagały mu iść, działając podobnie jak bębny na galerze, odmierzające rytm pracy galerników. Udało im się nie biec. To wszystko na co było ich stać - niedobitki siedmiu Legionów Krassusa.

- Na ziemię! - ktoś szepnął.

Quintus przypadł do ziemi - czy też błota - tuż obok kałuży tak zmętniałej, że nie odbijały się w niej ani gwiazdy, ani księżyc. "Bogowie odwrócili od nas swe twarze" pomyślał. Lecz czegóż więcej mogli oczekiwać po porażce takiej jak ta?

Pamięć z wolna zaczęła powracać. Byli przeklęci już wtedy, gdy wyruszali z Rzymu. Czy trybun Aetius nie potępił ostro i otwarcie Krassusa i jego armii twierdząc, iż Partia jest neutralnym królestwem i nie wolno jej atakować? Każdy inny potraktowałby to jako omen i przemyślał dwa, trzy razy swoje dalsze kroki. Mówili, że Krassus opowiadał w towarzystwie o czynach Aleksandra, co dało asumpt plotkom, iż zazdrości Cezarowi, swemu przyjacielowi i rywalowi. Potrzebował triumfu, którego świadkiem byłby cały Rzym, dlatego też zignorował słowa Aetiusa. Jak Grecy określali działanie wbrew woli bogów? Quintus poszukiwał w pamięci odpowiedniego słowa. Wszystko było jakby zamglone...

"Hubris." Cóż, gdyby dano mu wolny wybór, wolałby raczej zostać rolnikiem niż uczonym. A już na pewno nie żołnierzem. Prości ludzie też mają swoje określenie na taką arogancje: "nefas" - niewysłowione zło.

Tutaj wszystko prócz niego samego było "nefas".

Jego towarzysze zapadali się po kolana i po pas w cuchnącej wodzie, gubiąc swoje pakunki. Rzymianie trzymali się razem, podobnie jak ich sojusznicy, rozdzielając się wedle narodowości. W nocy trudno będzie odróżnić sojuszników od wrogów - podczas marszu ich szeregi nadmiernie się rozciągnęły. Część sprzymierzonych złamała przysięgę. Mimo to lepiej nie zabijać tych, którzy pozostali wierni.

Przy każdym oddechu bolały go żebra. Podczas bitwy strzała przeleciała mu koło głowy. Niewiarygodnie szczęśliwym trafem udało mu się odchylić tak, że śmiertelny cios ześliznął się po zbroi. "Trafili mnie" - pomyślał. Przez chwilę stał zdezorientowany, niczym gladiator, czekający na ostatni cios. Spróbował odgonić wspomnienia. "Magna Mater - nie miałem zbyt wiele z życia!"

Bez domu. Bez synów. Bez ziemi.

Czas zwolnił, a on znowu powrócił do obrazów bitwy. Zgiął się wpół, zamroczony, zastanawiając się, czy strzała przebiła płuco i jak dużo czasu zajmie mu utopienie się we własnej krwi.

Quintus roztarł sobie bok, pół leżąc, pół siedząc przy mętnej kałuży. Rana od strzały nie podkopała jego zdrowia, lecz wciąż krzywił się z bólu przeszywającego go przy każdym poruszeniu. Tamten cios uderzył ponad miejscem, w którym przechowywał małą, brązową figurkę, jego szczęśliwy talizman. Znalazł ją jako chłopiec na rodzinnej farmie, odebranej później jego rodzicom.

- Nie pijcie tego, głupcy! To paskudztwo! - rozległ się krzyk centuriona, poparty uderzeniem pałki w plecy jakiegoś nierozsądnego żołnierza. - Nie masz wody? Hej, ty tam! Podziel się z Tytusem. I poruszajcie się ostrożnie. Tutaj lepiej nie skakać.

Nikt nie miał takiego posłuchu jak Rufus. Mimo to podniósł się szmer, a nawet jęk protestu.

- Nie wolno pić stojącej wody. Popatrzcie na te szumowiny. Powąchajcie je. C h c e c i e dostać biegunki lub takiej gorączki, że brzeg Tybru latem będzie wydawał wam się ogrodem? Czyż jesteście aż tak głupi, by myśleć, że pozwolą nam nieść chorych?

"Oto - pomyślał Quintus - co najbardziej zraniło starego wiarusa." Na polu bitwy Rzym zostawił swoich rannych. Ludzie, których centurion znał, którym rozkazywał, których karał i nagradzał, jakby byli jego synami - zostali porzuceni, by podcięto im gardła (czy też zabito w jakiś inny, bardziej barbarzyński sposób), a ich krzyki zagłuszył warkot partyjskich bębnów.

Primus Pilus bezwiednie zdjął hełm i otarł swe siwe włosy. Nie był już Rufusem: ruda czupryna, która przyniosła mu imię, zniknęła dawno temu. Zestarzał się w Legionach. Tylko wiara, że jest potrzebny żołnierzom, powstrzymywała go przed wtargnięciem do namiotu Krassusa i skorzystania z jedynego przywileju jaki mu pozostał - zadania sobie śmierci. Jego ludzie. Jedyni synowie, jakich kiedykolwiek miał. Patrzył, jak umierają w imię czyjejś dumy i perfidii, jak padają od partyjskich strzał, a teraz widział ich śmierć pośród błot pod Carrhae i nie mógł wznieść miecza, by ich pomścić, jak nakazywał honor Rzymianina.

Quintus przyglądał mu się otępiały, czerpiąc siłę ze spokoju i opanowania centuriona. Serce starego wojaka było twardsze od samych Legionów. Będzie żył tak długo, jak długo będzie komuś potrzebny. Nawet jeśli łatwiej byłoby umrzeć.

- Dobrze, że ci się udało. - Rufus zatrzymał się obok

Quintusa. Widzieli się po ucieczce do Carrhae, lecz nie rozmawiali ze sobą. - Widziałem, jak chybiłeś włócznią...

"Jaką włócznią?"

- ...wtedy trafiła cię ta strzała. Kiedy cudem przed nią umknąłeś, zastanawiałem się, czy jednak nie straciłem czasu, który ci poświęciłem.

Quintus wzruszył ramionami. Żebra przeszył płomień, za chwilę ból ustąpił.

- Jestem gotowy do wymarszu, gdy tylko nadejdą rozkazy - próbował dopasować się do rzeczowego tonu Rufusa.

Wyczerpanie skłaniało ludzi do posłuszeństwa. Rufus chodził miedzy leżącymi, rozkazując i nadzorując podział resztek żywności i wody pitnej. Quintus wstał i podążył za nim na oślep. Wydało mu się, że słyszy głos swego dziadka: "Przypatrz się dobrze, chłopcze. To jeden z prawdziwych żołnierzy".

Za mokradłami czeka śmierć - Partowie i strzały. Bagno rozbrzmiewało kakofonią dźwięków. Najbardziej drażniące było brzęczenie owadów, rojących się pod ubraniem i zbroją. Wszędzie unosił się odór butwiejących roślin, smród przerażonych ludzi i krwi rannych, tych którzy zdołali jeszcze uciec... uciec nie jak... Rzymianie, którymi byli. Nikt nie popełnił samobójstwa, by zmazać hańbę, co uczyniono by niechybnie w starych opowieściach. Zresztą, żaden z obecnych dowódców nie zrozumiałby tego gestu, ani też na taki gest nie zasługiwał.

Ciemność nocy przyniosła nagiej, spalonej ziemi i brązowej wodzie ulgę. Mimo to ból głowy Quintusa wzmógł się - pod powiekami wirowały mu białe i czerwone płaty. Nawet noszenie hełmu było teraz małym zwycięstwem. Inni dawno już odrzucili swoje, traktując je jako zbędne obciążenie podczas panicznej ucieczki. Wstyd - tego uczucia prokonsul Krassus nikomu nie oszczędził.

- Równie dobrze możesz odpocząć, młodzieńcze... chciałem powiedzieć: panie - odezwał się Rufus. W jego głosie brzmiały rozpacz ł zmęczenie.

Quintus posłusznie osunął się na ziemię, zakrywając dłońmi piekące oczy.

Po chwili jednak zawstydził się. Nawet najmłodszy trybun, zawdzięczający swój miecz uporowi i szczęśliwemu przypadkowi, powinien dawać ludziom lepszy przykład. Niedaleko klęczał jeden z chorążych. Wbił grubszy koniec drzewca Orła w błoto. Ptak z brązu, wysoko nad ich głowami, wyglądał na równie przygnębionego, jak mężczyzna, który go dzierżył. On jeden ocalał. Nie tak, jak inne. Orły Legionów Rzymu wpadły w ręce wroga. To było gorsze nawet od porzucenia rannych. Orły, w co wierzyła większość z tych, którzy za nimi maszerowali, były duchem Legionów tak, jak "genius loci" był duchem miejsca.

Quintus wzdrygnął się, jakby dotarł do niego znajomy zapach lub głos. Lepiej nie myśleć o tej części przeszłości, chyba że chce się upodobnić do Azjatów opanowanych religijną ekstazą. Trudno uwierzyć, lecz pod wpływem swych religii byli w stanie okaleczyć siebie lub innych. Przeszedł go dreszcz; miał nadzieję, że to gorączka, a nie początek szaleństwa. Był Rzymianinem. Proroctwa i głosy duchów są dobre dla plebsu.

Przynajmniej ucichły bębny, te przeklęte, dudniące bębny zwycięskich Fartów Sureny. Quintus nie był żołnierzem, niczym nie przypominał centuriona Rufusa - wychowanego przez Legiony i przywiązanego do nich - ale te kilka lat, podczas których sprawował godność trybuna, sporo go nauczyło. Bębny były złym znakiem: wszystkie znaki wróżyły źle, odkąd Markus Liciniusz Krassus poprowadził swoje siedem Legionów, wojska sprzymierzone i - niech ją bogowie przeklną - zadufaną w sobie konnicę na wschód od Eufratu.

"Czekajcie na kawalerię" - mówił prokonsul Krassus. Tysiące dumnych jeźdźców z Galii, prowadzonych przez jego syna. "Czekajcie na nich." A potem dotrzymujcie im kroku, póki nie rozbolą was płuca, nie udusi wzbity kurz, a część starszych żołnierzy nie zacznie utykać. No cóż, ci wszyscy jeźdźcy zostali wyrżnięci, a Publius Krassus wraz z nimi; reszta w panice uciekła.

Bogowie, po prostu chciał położyć się i umrzeć w zbroi, która zaczęła z wolna pokrywać się rdzą. Podczas tych bezwietrznych dni, przed swoją ostateczną zdradą, ten arabski pies Ariamnes szydził z rzymskiego kroku. Sam był konno, a wraz z nim sześć tysięcy jego wojowników, sojuszników Rzymian. Łasił się, niczym najnędzniejszy klient, do ludzi, których potem zdradził. Bogowie! Quintus uniósł głowę, próbując zobaczyć niebo. Szkoda, że nie był nad Tybrem, na ziemi nie należącej już do niego.

Zdążyli ochłonąć z pierwszej paniki. Rozpoznał to po afektowanym głosie tego pyszałka - Luciliusa.

- Sprawił to widok głowy jego syna, nabitej na włócznię. Prokonsul spojrzał na nią i krzyknął jak rodząca kobieta - opowiadał Lucilius. - Rozpłakał się. Groził, że rzuci się na miecz, choć ręka mu drżała, niczym po trzydniowym pijaństwie. Nie wiem, w jaki sposób mógłby utrzymać miecz wystarczająco długo, by się na niego nadziać.

Młody arystokrata gościł w namiocie Krassusa - Quintus nie został tam zaproszony - tej nocy, kiedy konsul musiał podjąć wreszcie jakąś decyzję - choćby o porzuceniu rannych i odwrocie do Carrhae. Quintus powinien był się spodziewać, że Lucilius dołączy do innych patrycjuszy, tych którzy arbitralnie zadecydowali, czyje życie ma być oszczędzone, a czyje - poświęcone.

Teraz śmiał się swobodnie, zupełnie jakby wymieniał się plotkami w domowej łaźni.

Drugi trybun Legionów nie kochał zbytnio Krassusa. Gospodarstwo będące od pokoleń własnością rodziny Quintusa konsul cisnął swemu klientowi niemal tak obojętnie, jak młody trybun mógłby rzucić monetę żebrakowi. Ponadto fakt, iż generał i prokonsul Rzymu zostawił swoich ludzi na polu bitwy, był aż nadto kompromitujący. Dobrze, że dziadek tego nie dożył. Staruszek umarł dwukrotnie: raz - gdy stracił gospodarstwo i po raz drugi, dwa lata temu, gdy powaliła go zraniona duma. To przyprawiłoby go o trzecią śmierć.

Oczy Luciliusa błysnęły teraz zapałem gracza, namiętnością, która zmusiła go do opuszczenia Syrii o jeden krok przed wierzycielami z których żył, odkąd wkroczył w wiek męski. Ucieczka z Carrhae była również rodzajem gry i jeden Lucilius żywił pewność, że może wygrać nawet teraz. Czemu nie? Czyż szczęście nie dopisywało mu do tej pory?

- Któż więc teraz dowodzi?

- Kassius.

Prokonsul Krassus wyglądał na dowódcę zdolnego podtrzymać bojowego ducha swych ludzi. Teraz jego miejsce zajął oficer sztabowy. Quintus nigdy nie ufał szczupłemu, małomównemu, starszemu trybunowi, lecz w tej chwili podążyłby za nim z taką samą wiarą, jak jego dziadek poszedł za Mariusem - prosto ku unicestwieniu. Kassius był politykiem. Znany z przebiegłości, zręcznie omijał zasadzki rzymskich intryg i Quintus liczył na to, że poradzi sobie także i tutaj. Jeden z przyjaciół Luciliusa, ulizany i schludny nawet po klęsce i godzinach spędzonych na mokradłach, wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- "Pro di" - dodał Lucilius - prawie warto było przegrać bitwę, by ujrzeć hańbę tego starego skąpca.

Mimo panujących ciemności, Quintus zauważył legionistów, odpędzających magicznymi znakami złe siły. Ich oczy były szeroko otwarte, jak oczy zamkniętych w stajni koni, które nagle wyczuły pożar. Nawet Rzymianie musieli liczyć się z możliwością porażki, ale dowiedzieć się, że ich wódz stchórzył...

- Trzymaj swój gładki język za zębami - syknął Quintus. Lucilius miał możnych przyjaciół, którzy mogliby zedrzeć zbroję z jego grzbietu i zniweczyć wszelkie nadzieje na odzyskanie rodzinnej ziemi - o ile Partowie nie przeszyją ich wcześniej po trzykroć przeklętymi strzałami.

- A oto i nasz "senex". Wszyscy będziemy kiedyś starzy i siwi - kpił młody arystokrata. - Jeśli tylko tak długo pożyjemy.

Centurion odwrócił głowę i przeszył go spojrzeniem. Głos Luciliusa nagle przycichł. Zaśmiał się jakoś gorączkowo, nienaturalnie. Większość żołnierzy nie piła nic przez cały dzień. Quintus wiedział, że mimo klątw Rufusa, niektórzy ukradkiem chłeptali gęstą bagienną wodę. Zanim nastanie świt, na mokradłach pojawi się gorączka.

Za nim część młodszych trybunów grała w kości. Nawet w Legionach Fortuna może się do kogoś uśmiechnąć lub odwrócić, zależnie od celności rzutu. To była jedna z przyczyn kłopotów Luciliusa. Quintus nigdy nie miał pieniędzy, by grać. Pomyślał, że hazard po przegranej bitwie jest czymś niezręcznym. Gdyby jakiś sztabowiec Krassusa natknął się na nich, gracze szybko by tego pożałowali.

Lecz patrycjusze bez wątpienia byli jak zwykle uprzywilejowani. To właśnie Kassius i jego żołnierze najczęściej przebywali z prokonsulem, ciesząc się wszelkim komfortem, na jaki było jeszcze stać szczątki rzymskiej armii. Rufus grzmiał, próbując rozlokować ludzi tak, aby jak najwygodniej mogli doczekać świtu, kiedy będą musieli wyrwać się z tych bagien lub umrzeć. Quintus przyłapał się na powtarzaniu jego rozkazów; zauważył ze zdumieniem, że rozumie komendy centuriona, choć wciąż trwał jakby we śnie, pogrążony w zalewających go wspomnieniach.

- Dlaczego po nas nie przyjdą? - szepnął w ciemnościach młody legionista, po czym umilkł, usłyszawszy czyjś zduszony śmiech.

- Dlaczego mieliby to zrobić? Wszak uwięzili nas tutaj, czyż nie? Mogą po prostu czekać, wyłapując nas pojedynczo, dopóki ich to nie znudzi i nie zachce im się polowania. Tak czy inaczej, poczekają do świtu. Albo przyniosą warunki kapitulacji. Ale nie liczyłbym na to, synu. Chociaż, z drugiej strony, może potrzebują nowych niewolników...

Wśród straży podniósł się szmer. Rufus zwrócił ku nim wzrok i mężczyźni umilkli. Quintus również słyszał te głosy, milknące w obecności starego, doświadczonego weterana. Ledwie godziny temu słyszał ich, stojących w czworoboku, pod palącym, bezlitosnym niebem. Niektórzy mdleli z gorąca, braku jedzenia, wody i odpoczynku. Tego ostatniego było zbyt mało, by utrzymać słynny marszowy krok Legionów, zwłaszcza że Krassus, sprowokowany przez zdrajców, zarządził marsz w tempie kawalerii. Słyszał ich pełne nadziei szepty, gdy rozglądając się wokół, wciąż nie widzieli opancerzonych Partów.

Wówczas Surena dał znak. Na jego komendę bębny i dzwonki z mosiądzu zagrzmiały, jak pole bitwy długie i szerokie. Książę Partów był wysoki i przystojny. Quintus musiał to przyznać. Miał wielkie oczy, pomalowane dla ochrony przed słońcem, które tutaj jaśniało wręcz oślepiająco, nawet w maju.

Promienie słońca odbijały się od błyszczącej broni groźnych jeźdźców Sureny i migotały na cienkich, lśniących sztandarach, trzepoczących niby jeżyki ognia. Hełmy i napierśniki chwytały refleksy światła, rzucane przez zbroje konnych łuczników. Większość wojowników była Fartami. Swoim wyglądem nie przypominali jednak księcia. Byli niżsi, żółtoskórzy i krzywonodzy. Ich oczy zakrywały skośne fałdy skóry, uśmiechali się do Rzymian niczym żarłok, napawający się widokiem biesiadnego stołu.

- Saraceni - usłyszał Quintus. Wyrabiali stal, której jakość doceniali nawet Rzymianie. A chorągwie?

- Ciekawe, ile ten materiał kosztowałby w Rzymie? - westchnął jakiś głupiec, mówiący z patrycjuszowskim akcentem.

- Więcej, niż chciałbyś zapłacić... panie - odrzekł chrapliwie centurion, nim zgiełk bębnów i dzwonków zagłuszył jego słowa.

Ku ich wiecznej chwale, żaden z legionistów nie załamał się. Stali twardo w czworoboku: każdy bok tworzyło dwanaście kohort, z Krassusem, jego ukochaną kawalerią i ładunkami w środku. Quintus rzucił okiem na prokonsula. Pocił się - jak wszyscy wokół - a białka jego oczu były przekrwione. Zauważył, że Kassius machnął ręką w geście oburzenia.

- Nie wygląda to zbyt dobrze - mruknął stojący obok Quintusa mężczyzna - pewnie powiedział mu, że trzeba rozdzielić konnicę. Powinniśmy rozwinąć szyk, zamiast tak stać stłoczeni.

Trudno powiedzieć, kiedy rozpoczęła się bitwa. Początek był obiecujący. Ciężkozbrojni wojownicy Sureny ruszyli do przodu, lecz zostali powstrzymani przez Rzymian. Śmiertelny deszcz strzał padał na rzymskie "testudo", nie powodując żadnych strat: schowani, niczym żółw w skorupie, czekali aż łucznicy opróżnią swe kołczany.

Gdy ulewa strzał przerzedziła się, Rzymianie zaczęli wiwatować. Rufus, przeklinając, wykrzykiwał rozkazy do "bucinatores", by zatrąbili sygnał, lecz tych najszybciej dosięgną! ponowny atak - łucznicy mierzyli prosto w lśniący metal ich rogów. Kiedy padli, Rufus krzyknął, próbując przeformować szyk, klnąc i błagając żołnierzy, by walczyli i umierali jak przystało Rzymianom. W końcu, bębny zagłuszyły jego głos i nadzieję. Łzy przemieszały się z potem na jego twarzy.

Po odwrocie Rzymian bębny odezwały się ponownie, gdy Partowie, w akcie nienawistnego miłosierdzia, dobili rannych, pozostawionych na rozkaz Krassusa. Quintus zastanawiał się, czy kiedykolwiek zapomni ich krzyki i błagania o pomoc.

Próbował sobie przypomnieć, ile czasu minęło, odkąd mógł pozwolić sobie na ściągnięcie hełmu, zanurzenie twarzy w płynącej wodzie i napicie się do woli. Nie pamiętał. W manierce miał odrobinę cennej wody, zaprawionej octową miksturą. Spragniony, ciągle spragniony, odkąd zostawili za sobą Eufrat i zapuścili się na pustynię tak inną niż jego rodzinna ziemia nad Tybrem. Jeden czy dwóch ludzi uciekło we wspomnienia i przewróciło się, niby we śnie. Rufus zabił żołnierza, który odmówił dalszego marszu i, skuliwszy się niczym noworodek, zaczął kwilić gardłowo.

- To lepsze niż zostawienie go tutaj, panie - mruknął, a potem splunął, przeklinając pustynię, która wdarła mu się do gardła.

Wspomnienia płynęły leniwie jak woda na mokradłach. Na pustyni Quintus marzył o wilgoci. Teraz miał jej aż nadto. Pot spływał pod brudną tuniką. Jeśli noc będzie zimna, może dostać gorączki i byłaby to prawdopodobnie najlepsza śmierć, jakiej mógłby oczekiwać. Może wreszcie odpocznie...

Podoficerowie mieli nadzieję, że rozbiją obóz nad małym strumieniem Ballisur, lecz nawet tej łaski im odmówiono, dzięki synowi Krassusa, Publiusowi, i jego galijskim jeźdźcom. Popędzani tempem kawalerii; bez wody i jedzenia - oni: muły Rzymu, legioniści. Darem Marsa było, że nie padło ich więcej, by już nigdy się nie podnieść.

Choć może ten dar boga ucieleśniony został w Rufusie, którego przekleństwa, plugawe i przerażające, wypowiadane spokojnym, opanowanym głosem płynęły ponad nimi, niczym bagienna woda wokół murów miasta, przynaglając do marszu. Drewniany miecz starego żołnierza, z którego lubił żartować w rzadkich przypływach dobrego nastroju, wskazywał kierunek - naprzód. Udawali, że wierzą w ocalenie, choć bardziej prawdopodobne było objęcie komendy nad "castra" przez dobrą Pierwszą Włócznię niż nagrodzenie gladiatora wolnością. O nich również lepiej nie myśleć. Niewolnictwo może być najlepszych losem, jaki ich spotka.

Quintus zamknął oczy. Życie gladiatora pod rządami Kras...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mirabelkowy.keep.pl